Zamiana partii da niewiele, trzeba zmieniać państwo

Drukuj

              Gazeta Wyborcza zadaje  pytanie, czy protest przeciw odrzuceniu projektów legalizacji związków partnerskich zgaśnie za parę dni, czy wybuchnie jak ACTA. Jak można przeczytać w tejże gazecie poseł Głogowski nie ma takich wątpliwości, „Posła Platformy Obywatelskiej śmieszą też krytyczne komentarze po głosowaniu, której pojawiły się na łamach „Gazety Wyborczej” oraz internetowa akcja garstki gejowskich aktywistów „udających niezadowolonych wyborców PO”
Łukasz Warzecha przekonuje na twitterze, że problem związków partnerskich   „to problem dla promila znudzonych lemingów z wielkich miast.”; „W hierarchii rzeczywistej ważności – na szarym końcu albo poza nim.” Modnym, wielokrotnie powtarzanym argumentem jest demokracja – no był pomysł, demokratycznie w parlamencie odrzucony, to o co wam chodzi? Roma locuta, causa finta?

To tak w nowoczesnych państwach nie działa. Bo demokracja nie jest tępą dyktaturą większości – w jej rozwiniętej  odmianie mainstream mocno pilnuje, by nie naruszać interesów mniejszości, by dążyć do rozwiązań, opartych  na kompromisie, a nie na przewadze 10 parlamentarzystów. Piątkowa decyzja sejmu nie była merytoryczną – posłowie zdecydowali by nie dyskutować, by nie rozważać problemu związków partnerskich.

Oczywiście argumentacja prawicy, obficie podlana homofobią, powoduje agresję w każdym, kto ma w głowie i sercu przeświadczenie o równości obywateli, bez względu na ich orientację seksualną, poglądy czy system wartości. Ale nie to jest chyba najważniejsze.

Nie z prawicą mamy problem, ale z klasą polityczną jako taką. Nie ze związkami partnerskimi, nie z ACTA jako regulacją rok temu, ale z naszym państwem jako takim. Z państwem, które jest archaiczne, rządzone przez wsobną klasę polityczną, niezdolną do zauważenia i absorbowania nowych zjawisk społecznych. Rzeczy oczywiste dla większości z nas są zaskakujące i niewiarygodne dla posłów. Zacementowani w systemie partyjnym, zamknięci na Wiejskiej we własnym gronie, podzieleni na własne plemiona nienawidzące się nawzajem i nie potrafiące ze sobą rozmawiać – z roku na rok, pogrążeni w wojnach „wrakowych”, przepychankach personalno-ambicjonalnych, są coraz dalej od faktycznego życia, żyją nie z nami, tylko obok nas.

Różnię się z Błażejem Lenkowskim , który wskazuje na łamach Liberte! na możliwość zwrotu PO, apeluje do premiera o rozprawienie się z „gowinistami” zawarcie koalicji z RP I SLD. Tak, to mogłoby zmienić sytuację w sprawie związków partnerskich. Ale nie zmieni państwa – jego nietransparentnych działań , braku wyczucia realnych problemów, narastającej opresywności aparatu państwowego i strukturalnej niezdolności administracji publicznej do służenia obywatelom. To są faktyczne problemy, których decyzja sejmu w sprawie związków partnerskich jest kolejną odsłoną.

Nie wiem, ile jeszcze trzeba wstrząsów, by partie zaczęły się orientować na realne życie. Doświadczenie historii i logika wskazuje na to, że jeśli kolejne grupy społeczne, które wychodząc ze swoimi postulatami do legislatury będą odprawiane z kwitkiem tylko dlatego, że nie są większością wyborców, narośnie ciśnienie, które obecny układ polityczny może zmieść z powierzchni ziemi.

Czytaj również
  • hubeusz

    „narośnie ciśnienie, które obecny układ polityczny może zmieść z powierzchni ziemi.”

    I oby jak najszybciej, obecny system polityczny musi zostać zdemontowany, właśnie z powodu jego strukturalnej alienacji i izolacji elit politycznych. Polityka musi mieć możliwość realizacji w i poprzez życie obywateli, do tego potrzebny jest całkowicie nowy układ polityczny.

    pozdrawiam

  • Tomasz Kłosiński

    Demokracja rodzi nierozwiązywalne konflikty. Wola większości jest taka, że 3/4 Polaków (wg. badań tok.fm) nie akceptuje związków partnerskich, a poszanowanie mniejszości domaga się traktowania wszystkich obywateli na równych prawach. I jak taki problem rozwiązać? Jedynym sensownym rozwiązaniem jaki przychodzi mi do głowy jest liberalizm – to jest odcięcie rządu od wpływu na życie prywatne obywateli. I nie mam tu na myśli tworzenie nowych urzędów i praw, tylko zlikwidowanie starych.