Prezes i rebelia

Drukuj

Pułaski_w_Barze_Korneli_SzlegelSłownik  się skończył. Zdewaluowanie  słów „hańba”, „zdrada”, „Targowica”, „komuniści”, „złodzieje”, które przez chroniczne nadużywanie straciły swój pierwotny sens i stały się trochę śmieszne, trochę nudne, powoduje, że prezes Kaczyński w kolejnych swoich przemówieniach musi sięgać głębiej w zasoby języka polskiego, by określić swój stosunek do opozycji.

Język w polityce jest ważny. Za nim idą kategorie pojęciowe i wyznaczenie dyskursu – kto zdominuje wyznaczy język, ten najczęściej zdobywa władzę.

Dysponując językiem, a zarazem rosnącą pewnością siebie wynikającą z samodzielnej władzy, można popełnić błąd i dokonywać zabiegów samobójczych. Bo zawodzi „słuch językowy” lub pamięć o mentalnych, często podświadomych skojarzeniach i sympatiach Polaków. Gomułka krzycząc o „warchołach” zapomniał, że Polacy wychowani w szkole na lekturach romantycznych czy postromantycznym Sienkiewiczu, warchołów po prostu kochają. Jaruzelski strasząc „ekstremą” momentalnie wzbogacił naszą świadomość o określenie jakiejś romantycznej grupy niezłomnych, którzy się czerwonym nie dają. Z natury polskiej duszy bliskich.

Bo jakkolwiek byśmy się tego nie wypierali, trzymając się sienkiewiczowskiej Trylogii, stateczny patriota Skrzetuski nigdy nie zyskał takiego uwielbienia czytelników, jak warchoł i hulaka Kmicic. Nawet, jeśli na co dzień wszyscy bardziej przypominamy cwanych Rzędzianów czy nieskomplikowanych Kiemliczów. Jak bardzo byśmy nie pragnęli mieć niemieckiej gospodarki i anglosaskiego szacunku dla prawa, to okrzyk: „Hajda na Wołmontowicze!” wywołuje świerzbienie ręki…

Jarosław Kaczyński szukając nowej inwektywy dla określenia swoich przeciwników sięgnął po „rebelię” –  popełniając błąd na miarę Gomułki czy Jaruzelskiego.  Błąd wynikający z przeświadczenia, że jeśli teraz właśnie on rządzi, jedynie słuszny i sprawiedliwy, to stosunek przeciętnego Polaka do „rządu” i „rebelii” się zmienił.

W Polsce, której pierwsza odsłona oparta była na konfederacji (czyli buncie rycerskim) jako systemie państwowym, gdzie tradycja powstań i buntów – od insurekcji kościuszkowskiej po strajki robotnicze w PRL – jest jednoznacznie pozytywna, określenie kogoś rebeliantem, buntownikiem, frondystą – jest komplementem. Tak dla starszych – wychowanych na romantycznych lekturach, jak i młodych – którzy wprawdzie nie mają już mickiewiczowsko-sienkiewiczowskiego szkolnego backgroundu, ale bunt jest nieodłączną cechą ich wieku.

Przecież jeszcze przed chwilą zaplecze Kaczyńskiego chętnie używało tych samych słów dla samookreślenia – by wykazać, jak bardzo są poza „elitami”, „mainstreamem”. Nie sądziłem, że ten kapitał PiS będzie chciał oddać za darmo i z własnej woli. Kaczyński, określając opozycję rebelią – co byłoby obraźliwe w większości krajów europejskich, lecz nie w Polsce – dodaje jej właśnie tej szczypty kochanego w naszym kraju szaleństwa, którego w racjonalności obrony konstytucji brakowało.

Oczywiście dostrzegam, że ze słowem „rebelia” wiąże się czasownik „tłumić”.  Ale tu akurat Polska ma bardzo słabe tradycje, ostatnie skutecznie stłumione bunty bez pomocy z zewnątrz są z początków XVII w.

Kaczyński wyświadczył KODowi i opozycji przysługę. Sam obwieścił, że to PiS jest teraz mainstreamem i układem, a broniący państwa prawa rebelią. Pozwala bronić konstytucji pod hasłem „Hajda na Wołmontowicze!” – przewrotne, romantyczne i arcypolskie.

Twitter @Marcin_Celiński

Facebook https://www.facebook.com/marcelinski

Ilustracja: Pułaski w Barze pędzla Kornelego Sznegla

Czytaj również