Nie uczelnia lecz minister, zrobi z ciebie specjalistę!

Drukuj

W wieku złotym naszych dziejów, gdy nie płaciliśmy podatków i każdy  sam budował sobie legowisko w ziemiance  bez konieczności męczącej wizyty w Ikei, wiele było wiadomo. Wiadomo było, że dwie chaty dalej mieszka znakomity oszczepnik, a w chacie nad rzeką garncarz, u którego nabędziemy fajne misy do przechowywania niedźwiedziego sadła. Pod lasem mieszkał szaman, który mógł poradzić mieszanką ziołową na ból brzucha czy zęba.

Potem robiło nas się więcej i więcej, powstawały organizmy większe niż jednowioskowe plemię, zaczęliśmy się przemieszczać , przestaliśmy się w ramach tego organizmu znać osobiście, w dodatku pojawiły się zawody związane z usługami wymagającymi kompetencji, coraz wyższych kompetencji. I wraz z rozwojem cywilizacji najpierw kulturowo, a potem w prawie stanowionym, pojawiły się definicje – że lekarz, to ktoś kto ukończył studia medyczne, a inżynier to absolwent studiów politechnicznych etc.. Ze względu na oszustwa i podszywanie się pod fachowców  określonych branż pojawiły się dyplomy, zaświadczenia i państwowe rejestry uprawnionych do wykonywania zawodu.  Pojawiły się także korporacje zawodowe, które w sprzyjających warunkach przejmowały od państwa część kompetencji z zakresie rekrutacji i nadawania praw do wykonywania zawodu. Taka sytuacja rodzi negatywne konsekwencje – bo określona grupa zawodowa z natury swojej może być zamknięta i niechętna poszerzaniu – dla zachowania wysokich cen, wpływów etc.

Niewątpliwie opisane wyżej zjawisko regulacji korporacyjnych należy bezwzględnie  zwalczać – bo narusza zasady wolnej konkurencji i prowadzi do dominacji usługodawców nad usługobiorcami . Pod tym hasłem, milczący dotąd (nieznacząco chyba) minister Gowin opublikował listę 49 zawodów, które w zapale naprawy państwa zamierza deregulować.

Szalenie trudno oceniać listę jako pomysł w całości, bo co łączy bibliotekarza z taksówkarzem, notariusza z przewodnikiem miejskim, trenera II klasy z szyprem śródlądowym –dociec nie sposób. Odpowiedź może tkwi w jakiś freudowskich psychoanalizach, jakie należało by przeprowadzić na ministrze i jego współpracownikach , ale chwilowo nie mamy możliwości ich wykonania. Każdy z tych zawodów ma swoją specyfikę i swoje uwarunkowania i pierwszą poważną słabością pomysłu jest wrzucenie ich do jednego worka.

Kolejną słabością jest oszukiwanie opinii publicznej – min. Gowin głosi walkę z korporacjami, a rzut oka na listę wskazuje że z 49 specjalności w 6 przypadkach można mówić o korporacjach – w dodatku te 6 zawodów w ramach deregulacji otrzymują kosmetykę – bo skrócenie z 5 do 3 lat praktyki pracy prawniczej(jednej z kilku ścieżek dojścia do uprawnień)  nie podwoi nam liczby radców czy adwokatów, podobnie jak zniesienie obowiązku powoływania zastępców członków komisji egzaminacyjnej (ta ostatnia zmiana zapewne ma ruszyć z posad bryłę świata). Tu przyjęto zasadę – nie drażnić silnych (czytaj zorganizowanych w korporacje) za bardzo.

Najgłębsze zmiany dotyczą zawodów, które nie są zorganizowane w żadne korporacje i można mieć nadzieję, że nie będą w stanie lobbować ani wywierać nacisku. No chyba, że minister wraz z premierem na serio boją się protestów korporacyjnych zorganizowanych przez agresywnych (pewnie z racji specyfiki wykonywanego zawodu) bibliotekarzy, którzy wszystkim tomami Trylogii, a w razie potrzeby także Dostojewskim zaczną obrzucać rządowe budynki.  Trudno mi rozważać na temat uwarunkowań zdobywania uprawnień przez marynarzy, bosmanów i szyprów i czy praktyka steromotorzysty to powinno być 12 miesięcy czy mniej – ale strasznie ciekaw jestem, ile z zapowiadanych 100 tys. miejsc pracy  zostanie utworzonych dzięki skróceniu tej praktyki. Jestem natomiast pewien, że nie jest to temat na specustawę, ale na decyzję fachowców w obrębie branżowego ministerstwa.

Zadziwiająca jest  walka  ministra z wymogiem kompetencji. Tak jest np. w przypadku bliskich mi zawodów związanych z gospodarką nieruchomościami – gdzie minister pozostawiając centralne rejestry zarządców nieruchomości i pośredników w obrocie – znosi obowiązek jakiegokolwiek wykształcenia.

Obecnie jest tak, że by zostać zarządcą lub pośrednikiem należy ukończyć studia z zakresu gospodarki nieruchomościami i odbyć 6 –miesięczną praktykę. Nie ma żadnych ograniczeń w studiowaniu (takie kierunki są praktycznie na każdej uczelni) ani w dostępie do praktyk – jeśli się nie odbywają to z braku chętnych.

Oba te zawody są pracą na pieniądzu cudzym, powierzonym. Zarządcy zajmują się grupami nieruchomości, każda z nich ma roczne budżet  często przekraczający  kilka milionów zł, którym zarządca w imieniu właściciela dysponuje. Pośrednikom dajemy pełnomocnictwo transakcyjne do dysponowania majątkiem o znacznej wartości. Obecny system warunkujący dostęp do zawodu wykształceniem kierunkowym, powodował że pewien zakres wiedzy ekonomicznej, prawnej i technicznej , niezbędny do wykonywania takich czynności był gwarantowany. Minister Gowin proponuje możliwość wpisania do rejestru wszystkich chętnych, nie oczekując od nich wylegitymowania choćby umiejętnością czytania i pisania, że o liczeniu nie wspomnę.

Popieram każde znoszenie sztucznych granic praktyk, staży, limitów miejsc na aplikacje itp. – bardzo często jest to kosztowne antyszambrowanie w przedpokojach zawodów. Nie rozumiem znoszenia kryterium kompetencji i wykształcenia – to działanie, które deprecjonuje poszczególne zawody, demotywuje do zdobywania wykształcenia – bo po co się kształcić, skoro bez matury mogę się wpisać na listę w iluś zawodach i umieścić  je sobie na wizytówkach? Przerażającym nieporozumieniem jest  uznanie wymogu wykształcenia jako nienaturalnej, korporacyjnej zapory w dostępie do zawodu. Z 49 przypadków – 20 zawiera obniżenie progu wykształcenia – 5 z wyższego na średnie, 3 ze średniego na podstawowe, w 12 wypadkach likwiduje się wymóg jakiegokolwiek wykształcenia (w co najmniej 6 przypadkach  z wyższego na żadne).

Rozumiałbym jeszcze likwidację  kategorii zawodowej i ich rejestrów państwowych – ale rejestry (czytaj: urzędnicy do ich obsługi ) pozostają – znosi się tylko konieczność edukacji i uzyskania wykształcenia kierunkowego.  Ten model jest obecnie testowany w rządzie – większość nominatów Tuska zajmuje się resortami, o których kilka miesięcy temu nie mieli pojęcia. Przenoszenie tego modelu na całość państwa jest dosyć nieprzyzwoite.

W końcu jak to szło? Nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera,  nie uczelnia lecz minister, zrobi z ciebie specjalistę!

Czytaj również
  • Marcin

    „Oba te zawody są pracą na pieniądzu cudzym, powierzonym. Zarządcy zajmują się grupami nieruchomości, każda z nich ma roczne budżet często przekraczający kilka milionów zł, którym zarządca w imieniu właściciela dysponuje. Pośrednikom dajemy pełnomocnictwo transakcyjne do dysponowania majątkiem o znacznej wartości. Obecny system warunkujący dostęp do zawodu wykształceniem kierunkowym, powodował że pewien zakres wiedzy ekonomicznej, prawnej i technicznej , niezbędny do wykonywania takich czynności był gwarantowany.”
    – takie uzasadnienie mogłoby zostać użyte także do wprowadzenia licencji dla członków zarządu spółek akcyjnych i z o.o., którym także powierzane jest zarządzanie wielomilionowym majątkiem. Natomiast ta tle ostatniej afery solnej, można by wyprowadzić wymóg licencjonowanego przedawcy soli. Tracimy jednak z oczy całkowicie wolność jednostki i jej zdolność (lub jej brak) do podejmowania samodzielnych decyzji. Poza tym, czy pośrednikom w obrocie nieruchomościami naprawdę konieczne jest wykształcenie wyższe? Wydaje mi się, ze wykształcenie zawodowe, na średnim poziomie byłoby o wiele bardziej przydatne.
    Pozdrawiam