Nic śmiesznego

Drukuj

Czas pisania tego tekstu powinien wymusić na autorze primaaprilisowe żarty, może jakieś political fiction do zdementowania  za moment, z elementami  kupletów poświęconych ludziom znanym (choć niekoniecznie lubianym).

                W czasach, kiedy politycy w przemożnej większości traktowali swoje zajęcie poważnie, szczerze lub  z większą czy mniejszą dozą hipokryzji odwoływali się w swojej działalności do idei i wartości,  komentatorzy i szydercy mieli pole do popisu.

                Zapamiętanie ideowe i państwowotwórczy ton wypowiedzi daje możliwość pastiszu , karykatury – z tego korzystali Tuwim, Wierzyński, Słonimski pisząc primaaprilisowe szopki polityczne II RP. Ich potencjalni następcy nie mają szans na debiut, bo jak narysować karykaturę karykatury?

                Właściwie, za następców skamandrytów należy uznać obecnych przedstawicieli tzw. „klasy politycznej”, wprawdzie następcami są nieudacznymi, bez talentu i polotu, ale jedynymi.  Skutecznie blokującymi wszelką literacką konkurencję.

                Premier Rzeczypospolitej   przemówił w sejmie do szefa Solidarności nie jak szef rządu, ale tak, jak mógłby przemówić każdy pętak. W ten zabawny (dla niektórych) sposób przeniósł ciężar dyskusji o referendum emerytalnym na poziom rozważań o inwektywach, odbierając chleb satyrykom – ci mogliby sparodiować debatę, ale jak sparodiować dyskursu parodię?

                Dwie partie lewicy – dążące nieustająco do współpracy – okładają się nawzajem w sposób uroczy i nie do podrobienia w kabarecie. Szef lewicy swojego imienia uważa, że szef lewicy średniostarszego pokolenia powinien wycofać się z życia publicznego ze względu na zarzuty prokuratorskie w sprawie więzień CIA (wstyd, krew na rękach). W odpowiedzi słyszy, że jest rzecznikiem Al Kaidy (co akurat można chyba rozważyć, bo pan J.P. rzecznikiem różnych opcji już bywał). W ramach zbliżania stanowisk obu lewic, posłowie klubu imienia swego  przewodniczącego pohukują na Millera w trakcie debaty o polityce zagranicznej, wypominając PZPR-owską przeszłość, czym lewica  herbu JP zbliża się mocno do PiS i otwiera się na postulowany przez Jarosława Kaczyńskiego proces zjednoczenia prawicy. Miler odwdzięcza się pieszczotliwie nazywając szumiących posłów „naćpaną hołotą”. Palikot rewanżuje się tekstem o „starszych panach, którym trzeba wybaczać” – no pokażcie mi jak z tego zrobić szopkę?

                Niewątpliwie w formie satyrycznej jest Jarosław Kaczyński, żartujący publicznie – a to zaprasza do jednoczenia prawicy, a to pyta w jaki sposób Radosław Sikorski mógł wpaść na pomysł, że w rozbitym samolocie na lotnisku w Smoleńsku  ktoś mógł zginąć. Poseł Kempa w debacie o przesunięcia granicy wieku emerytalnego zarzuca rządowi tworzenie kobiecych obozów pracy. „Dyskretnie” sprzedaje też pomysł na numer do wyśpiewania swojemu koledze z kabare…  ups… klubu parlamentarnego. Na czele demonstrującej Solidarności staje Leszek Miller pomrukując pod nosem „Mury” …

                Nie, na satyrę polityczną z prawdziwego zdarzenia nie ma w Polsce miejsca – została wyparta zgodnie z prawem Kopernika przez autokarykatury polityków, którzy sami na co dzień wymyślają obśmiewające siebie samych kuplety, wyśpiewują je potem z trybuny sejmowej.

                Może walcząc z nieuchronnym bezrobociem satyryków, urzędy pracy powinny zorganizować dla nich kursy przekwalifikujące i skierować do pracy przy reformie finansów publicznych, szkolnictwa, ustroju niewydolnych sądów, systemu finansowania służby zdrowia i leków refundowanych. Bo warto, naprawdę warto by ktoś się tym zajął – na poważnie…

Czytaj również