Niby legalne, ale niesmaczne…

Drukuj

kasaAleksander Kwaśniewski i jego otoczenie jeszcze w czasach SLD i prezydentury zawsze miało jakiś nie do końca jasny styk z biznesem. Niby nic nielegalnego – ale jakoś niewyraźnie bywało z dziwnymi znajomościami, lobbingami czy spółkami żon.

Od czasu do czasu coś nowego wypływa – a to kręcący się wokół prywatyzacji Azotów Rosjanie, a to doradzanie kazachskiemu satrapie Nazarbajewowi, a teraz zasiadanie w radzie dyrektorów firmy ukraińskiego oligarchy gazowego.

Daleki jestem od piętnowania aktywności biznesowej byłych polityków – do jakiegoś stopnia jest naturalna, posiadają wiedzę i możliwości, które na rynku mają swoją cenę. Ale moja akceptacja tego zjawiska dotyczy jedynie tych przypadków, gdzie rozgraniczenie biznesu i polityki jest odpowiednio wyraźne.

Kwaśniewski co najmniej od czasów „Pomarańczowej Rewolucji” odgrywa ważną rolę polityczną na Ukrainie – obserwatorzy wszelkich opcji politycznych potwierdzają, ze pozytywną – jako przedstawiciel Polski i  Unii Europejskiej. Nasz system prawny, przyznając byłym prezydentom dożywotnie uposażenie, środki na obsługę biurową, ochronę BORu, uznaje, że prezydent Rzeczypospolitej pozostaje osobą publiczną i politykiem do końca życia. Ze wszelkimi blaskami i cieniami tegoż faktu.

Aleksander Kwaśniewski chętnie korzysta z blasków – lubi swoje publiczne misje, włącza się w bieżącą politykę, jednocześnie czuje się zwolniony z wyrzeczeń, jakie powinny być udziałem aktywnego polityka, szczególnie wyrzeczeń finansowych.

Oczywiście dzieje się to lege artis, co świadczy o niedoregulowaniu przepisów w tym zakresie, a Kwaśniewskiemu można zarzucić co najwyżej brak wyczucia czynów bardziej lub mniej przyzwoitych, co jest naganne, ale niekaralne.

Sam zainteresowany czuje, że nie jest do końca w porządku, skoro wylicza dni w których był oficjalnie na Ukrainie, by dowieść że do rady dyrektorów trafił akurat w innym dniu. Albo jak tłumaczy, ze współpraca z Nazarbajewem to próba zmieniania dyktatora i tamtej rzeczywistości – to ostanie bawi mnie do łez, bo próbuję wyobrazić sobie Jimmi’ego Cartera czy Valerego Giscard d’Estaing pracujących w latach 80-tych dla rządu Jaruzelskiego w celu zmiany polskiej rzeczywistości…

Problemy systemowe, jakie ujawniły się przy okazji działalności byłego prezydenta są dwa.

Jeden, to brak uregulowań związanych ze statusem eksprezydentów. Nie mam wątpliwości, że są osobami publicznymi i jako takie powinni podlegać rygorom – jawności dochodów, powiązań z biznesem, finansowania wszelkiej aktywności. Mogą oczywiście swobodnie działać biznesowo – pod warunkiem zrzeczenia się przywilejów, uposażenia ochrony itp. i nie występowania w rolach politycznych. Jeśli zaś korzystają z uposażenia i biur – pewne aktywności winny być przed nimi prawnie zamknięte.

Drugi problem, mniej zauważany przez komentatorów to wysokość uposażenia. Rządzący Polską populiści sprowadzili generalnie wynagrodzenia posłów, senatorów, wyższych urzędników na niski poziom, przyrównując wciąż te wartości do wynagrodzeń kasjera  w supermarkecie czy sprzątaczki, a nie do odpowiedzialności funkcjonariusza publicznego. Uposażenie byłych prezydentów jest żenująco niskie. B. prezydent czterdziestomilionowego kraju powinien zarabiać raczej jak europoseł, a nie jak kierownik gminnej agencji pocztowej – a tak jest obecnie.

Rzeczywistość uczy nas co dzień, że nie można w pewnych sprawach polegać na indywidualnym poczuciu przyzwoitości polityka. Lepiej poprawić prawo, dać b. prezydentom możliwość funkcjonowania bez „łapania fuch” w dziwnych miejscach. Bo inaczej co jakiś czas będziemy się zżymali, jak w przypadku Kwaśniewskiego, że niby legalnie, niby w porządku, ale niesmak jakiś jest.

Czytaj również