Ile jeszcze Smoleńska w polityce?

Drukuj

Mam pretensję do wszystkich, którzy wrzucają ten stenogram do bieżącej gry, do wszystkich, którzy nie chcą zrozumieć, że tragedia smoleńska to historia, fatalna, straszna, nie do końca wyjaśniona, ale historia. A życie w 2015 roku to inne wyzwania. Polska i Polacy żyją i będą żyć nadal, zderzać się z nowymi zwycięstwami i porażkami i to powinno być podstawą polityki – a nie rozważania kto był, a kto nie w kokpicie.

tu_sm

Od pięciu lat żyjemy w politycznym matriksie kręcącym się wokół kokpitu samolotu, którego wrak nie wraca do Polski. Nie ma kampanii wyborczej, nie ma debaty politycznej z udziałem dwóch dominujących w mainstreamie partii, żeby sprawa katastrofy prezydenckiego samolotu nie przewinęła się choćby w tle.

Obecna kampania prezydencka napawała nadzieją – narzucający jej ton kandydat PiSu trzymał się w bezpiecznej odległości od smoleńskich wspomnień, szukał zupełnie gdzie indziej tematów i osi sporu z urzędującym prezydentem.

Nic, co piękne nie trwa zbyt długo – oto pojawia się nowy, nieznany nam jeszcze odczyt zapisu rozmów pilotów z katastrofalnego lotu, bo po 4 latach z okładem ktoś pojechał do Moskwy z lepszym niż wcześniej sprzętem i dokonał szczegółowszego odczytu zapisu czarnej skrzynki. A potem ten czy zupełnie inny ktoś spowodował, że zapis wyciekł do mediów.

Nie mam pretensji do dziennikarzy – niby dlaczego dostając taki materiał nie mają z niego korzystać. Mam pretensję do wszystkich, którzy wrzucają ten stenogram do bieżącej gry, do wszystkich, którzy nie chcą zrozumieć, że tragedia smoleńska to historia, fatalna, straszna, nie do końca wyjaśniona, ale historia. A życie w 2015 roku to inne wyzwania. Polska i Polacy żyją i będą żyć nadal, zderzać się z nowymi zwycięstwami i porażkami i to powinno być podstawą polityki – a nie rozważania kto był, a kto nie w kokpicie.

Można powiedzieć – nie wszystko wiemy. Ja dopowiem – i nie będziemy wiedzieli nigdy. Są dwa powody, dla których nie spodziewam się zamknięcia sprawy, nazywają się PO i PiS.

Pierwszy wynika z litery „A” jak ambasador, który wcześniej był urzędnikiem odpowiedzialnym m.in. za takie loty. Wykroczenie śledztwa poza krąg nieżyjących (załoga samolotu) oraz niedostępnych (rosyjscy kontrolerzy) doprowadziłoby do osób odpowiedzialnych za procedury lub ich brak. Z niewiadomym skutkiem, więc PO tego nie chce. A bez zbadania okoliczności poza kokpitem opis tragedii nie będzie prawdziwy.

Drugi wynika z litery „A” jak Antoni, patron rzeczy i osób zaginionych, a także imię czołowego polityka PiS firmującego kolejne, alternatywne wersje katastrofy. Poważne śledztwo wymagałoby wytłumaczenia beczek z helem, wywoływania mgły, pancernej brzozy, wyciętej brzozy, „fiuu bziuu” i innych teorii świstów lotniczych prezentowanych przez importowanych nie wiadomo skąd „fachowców”. Na to PiS zapewne się nie zdecyduje. A przecież bez wykluczenia „fiuu bziuu” itp. opis katastrofy nie będzie poważny.

Mamy więc sytuację, w której rządzący i potencjalnie rządzący pełnym wyjaśnieniem sprawy nie są zainteresowani.

Wszystko czego dowiadujemy się o naszym państwie i jego działaniu w kontekście katastrofy smoleńskiej wpędza w depresję. Dzisiejsze doniesienia też – to trzeba było 4 lat żeby użyć wysokiej klasy sprzętu do odczytu zapisów z czarnej skrzynki? Ręce opadają. A teraz głównym problemem będzie – kto wypuścił przeciek do mediów, demon uwolniony szaleje, w sam raz przed rocznicą… Kolejna kampania w cieniu Smoleńska.

Polska nie może być jak wdowa, która postanawia nosić żałobę do końca swoich dni i rozpamiętywać tragedię, analizować kolejne wersje wspomnień. Z opisanych wyżej powodów spór o katastrofę będzie trwał, dokąd na scenie politycznej będą dominowały te dwie partie.

To już spór historyczny. Pochowaliśmy i opłakaliśmy zmarłych 5 lat temu – nasze dzisiejsze problemy są daleko poza kokpitem prezydenckiego samolotu. Polska to jej obronność w obliczu zagrożeń ze wschodu, to emerytury w zmieniającej się sytuacji demograficznej, to edukacja, służba zdrowia, bezpieczeństwo, wymiar sprawiedliwości – to jest Polska i to są tematy na kampanię wyborczą,  a nie zapis rozmowy ludzi, którzy zginęli 5 lat temu. To, czy i kto był w kokpicie i co mówił – to temat dla historyków, niech politycy nie odbierają im zajęcia.

@Marcin_Celiński

Czytaj również
  • sosna80 Gazeta.pl

    Z jednym się nie zgodzę. Że to spór historyczny. A dlaczego? Dlatego, że katastrofa była efektem „jakośtobędzie-izmu”. Że „jakoś” niedoszkoleni piloci poprowadzą samolot. Że „jakoś” się wyląduje na wojskowym zaniedbanym lotnisku. Że „jakoś” się posadzi samolot mimo mgły. Że brak rozdzielenia procedur cywilnych (gdzie najważniejsze jest bezpieczeństwo) od mentalności wojskowej (statystyczna skuteczność za cenę ryzyka) „jakoś” nie przełoży się na zagrożenie dla pasażerów. 99 razy się udało, za setnym niestety nie. Swoją drogą, „jakośtobędzie-izm” mamy wspólny z naszymi wschodnimi słowiańskimi braćmi, którzy zezwolili na korzystanie z wojskowego lotniska przez samoloty wypchane cywilami…
    Choć charakter naszej byłej głowy państwa niewątpliwie miał jakiś wpływ na zachowanie pilotów (można się spierać – jak duży), to jednak już np. sytuacja w 36 pułku lotnictwa, obejmująca masowe odejścia kiepsko opłacanych lepszych pilotów, brak właściwego szkolenia kolejnych z naciąganiem dokumentacji włącznie – to rezultat polityki iluś kolejnych ekip rządowych (PiS-owskiej akurat najmniej, bo ich rządy były krótkie).
    „Jakośtobędzie-izm” nie jest czymś historycznym, lecz jest ciągle obecny w funkcjonowaniu naszego państwa. Przecież całkiem niedawno nie byle kto, lecz sam Minister Spraw Wewnętrznych, w szczerej rozmowie stwierdził, że państwo istnieje tylko teoretycznie, że to ch… d… i kamieni kupa. No ja pytam, kto ma znać lepiej stan naszego państwa, niż szef MSW?
    Swoją drogą, modelowy przykład „jakośtobędzie-izmu” mieliśmy przy okazji ostatnich wyborów samorządowych. No przecież najtańsi informatycy „jakoś” zdążą z napisaniem programu, a nawet jak nie zdążą, to przecież „jakoś” to wszystko zadziała…
    Szkoda, że tak mało mówi się o SYSTEMOWYCH przyczynach katastrofy smoleńskiej. Czemu się jednak dziwić – w dobie demokracji łatwiej ludziom z jednej strony wciskać bzdury o rosyjskim zamachu, a z drugiej strony grozić PiS-em. Bo zrozumienie, że to co dobre musi kosztować, a w dalszej kolejności zastanowienie się nad tym, co państwo absolutnie musi zagwarantować obywatelom, a co tylko może ewentualnie i przy jak wysokich podatkach, no to już nie jest tak medialne…