Grudzień PiS

Drukuj

Nie wiem, na ile sytuacja wymknęła się spod kontroli, a na ile PiS z radością przyjął blokadę mównicy sejmowej, by na spotkaniu własnego klubu procedować ustawy i twierdzić, że jest to zgodne z prawem.

Kilka miesięcy temu prezes PiS, od którego samopoczucia i grymasów zależy dziś prawie wszystko, zapowiedział na wyjazdowym posiedzeniu swojego klubu, że grudzień będzie obfitował w trudne dni. Dotrzymał słowa.

PiS projektem zmian w regulaminowych zasadach dostępu dziennikarzy do sejmkaczynskiu, a potem niczym nieuzasadnionym wykluczeniem posła Szczerby ( no chyba, że złe samopoczucie marszałka Kuchcińskiego uznamy za ustawową bądź regulaminową przesłankę) wyprowadził w piątek opozycję pod sejm.

Nie wiem, na ile sytuacja wymknęła się spod kontroli, a na ile PiS z radością przyjął blokadę mównicy sejmowej, by na spotkaniu własnego klubu procedować ustawy i twierdzić, że jest to zgodne z prawem.

Nie jest. Uniemożliwienie posłom opozycji uczestnictwa w obradach sejmu, uniemożliwienie im wypełniania mandatu ociera się o delikt konstytucyjny. Nawet jeśli obecnych na spotkaniu w Sali Kolumnowej było ponad połowa posłów (co do czego są uzasadnione wątpliwości).

Po wywołaniu awantury, PiS prowadzi pewną grę pozorów, która oficjalnie zmierzająca do uspokojenia nastrojów, faktycznie je podgrzewa.

Prezydent Duda proponuje jakąś mediację – pomijając jego zdolności do mediacji, które są oględnie mówiąc mocno ograniczone przede wszystkim jego nieznaczącą pozycją w macierzystej partii – propozycja taka  sugeruje jakąś symetrię w sporze. Takiej symetrii pomiędzy rządzącymi a opozycją nie ma z natury, a w przypadku tej  monopartyjnej władzy, jest jej mniej niż zwykle.

Marszałek Senatu występuje z inicjatywą rozmów z mediami – zapraszając mailami wysyłanymi po 20 na godzinę 22 w sobotę. Nie dość, że zaproszenie z 1,5 godzinnym wyprzedzeniem jest mało poważne, to w dodatku zaproszeni zostali niektórzy, nie wszyscy. Medialne zaplecze rządu (SDP) pisze wiernopoddańczy apel piętnujący „warchołów” z mediów nie kontrolowanych przez partię rządzącą.

Głos w zwyczajowo nudnie-monotonnym stylu zabiera premier Szydło, która w swoim telewizyjnym orędziu po wymienieniu domniemanych sukcesów rządu, mentorskim tonem poucza opozycję i zapewnia, że z opozycją grzeczną to by może porozmawiała, ale ta istniejąca nie spełnia wymagań rządzących, więc zaszczytu dialogu nie dostąpi.

Coś się w tych pisowskich głowach od nadmiaru władzy poprzewracało. Monopartyjne wypełnienie wszelkich dostępnych sfer życia publicznego, prezydent, rząd, parlament, media publiczne upartyjnione w niespotykanym od czasu PRL stopniu, dziesiątki tysięcy stanowisk w administracji publicznej i w spółkach skarbu państwa – to suma pisowskich aktywów. Teraz władza idzie dalej – ogranicza wolność zgromadzeń, dostęp dziennikarzy do parlamentu, skład parlamentu przy głosowaniu budżetu ogranicza do posłów zrzeszonych w jednym klubie,  premier zaś próbuje wyznaczać granice i formy działania opozycji. W PiS już chyba nie ma nikogo, kto miałby choćby śladowy kontakt z ziemią. Radość władzy połączona z nieustanną walką ze wszystkimi, którzy choćby się skrzywią, wprowadza polityków tej partii w stan nieustającej lewitacji.

Posłowie opozycji blokując mównicę łamią prawo. To wynik bezradności, odsuwania ich od możliwości choćby debaty, zgłoszenia wniosków. PiS łamie to prawo w sposób o wiele bardziej szkodliwy dla Polski – „uchwalając” budżet na spotkaniu klubowym bez możliwości udziału w nim posłów opozycji.

Polityka to symbole. Ta władza także tworzy swoje symbole. Takim był prokurator Piotrowicz krzyczący  „precz z komuną” z trybuny sejmowej. Takim symbolem był grymas (nie rozstrzygam czy uśmiech) Jarosława Kaczyńskiego wywożonego w eskorcie policji z sejmu w sobotę nad ranem. Co oznacza ten grymas? Najbliższe dni pokażą.

Twitter @Marcin_Celiński

Facebook https://www.facebook.com/marcelinski

Czytaj również