Dopaliło nam

Drukuj

„Aferę dopalaczową” odbieram jako kolejny przejaw postpolityki. Od jakiegoś czasu trudno wywołać merytoryczny dyskurs na tematy istotne, wymagające wysiłku legislacyjnego. Klasa polityczna z lubością natomiast wyłapuje tematy dające możliwość prężenia muskułów, nadymania się, okazji do efektownych fotografii.
Dopalacze stały się fotogenicznym tematem – mimo istnienia tego rynku od kilku lat raptem na przełomie września i października okazało się, że od dopalaczy się umiera, lub co najmniej choruje. Media nakręciły atmosferę – i dobry szeryf Tusk przyjechał do miasta.
Połączone siły Sanepidu i policji zaplombowały prawie tysiąc punktów sprzedaży, a premier oświadczył, że działa na pograniczu prawa – ale nie będzie się tym przejmował bo ma rację. Wychowałem się w kraju, gdzie konstytucja i prawo były sobie a jacyś faceci w mundurach rządzili po swojemu, bo uważali że mają rację. Ale tamten system podobno się skończył.
Oczywiście sprzedawcy dopalaczy kpią z polskiego systemu prawnego, opisując swoje produkty jako kolekcjonerskie itp. Państwo polskie kpiło ze swoich obywateli tolerując sprzedaż tych artykułów, których nikt nie kolekcjonował. Teraz rząd kpi z nas udając rozwiązywanie problemu, wysyłając terenowe grupy operacyjne, zamykające na wątłej podstawie sklepy.
Rolą państwa jest ustanawianie prawa, chroniącego interesy obywateli. Prawem obywatela jest prowadzić działalność gospodarczą – pod warunkiem jej legalności. Istnienie luki prawnej nigdy nie obciąża korzystającego z niej obywatela – zawsze legislaturę. W sytuacji wywołanej przez rząd istnieje spore zagrożenie, że za cieszącą większość publiki stanowczość zapłacimy jako podatnicy sporo – i w formie utraconych wpływów z podatków i w formie odszkodowań.
W sklepach jest mnóstwo substancji psychoaktywnych – od uznanych za niejadalne – typu rozpuszczalniki czy kleje, po uznany za całkiem spożywczy alkohol. Zgodnie z prawem polskim człowiek dorosły, może codziennie nabywać ilość alkoholu odpowiednią dla wprowadzenia się w odmienny stan świadomości (norma jest zróżnicowana, zależna od osobnika) – łącznie z doprowadzeniem do własnej śmierci przy przekroczeniu określonej zawartości promili we krwi (tu tez mogą być zróżnicowane normy osobnicze – świadczą o tym przypadki kierowców z 7 promilami we krwi). Nie brakuje wypadków śmierci z przepicia – od czasów księcia Bolesława Rogatki który był łaskaw zapić się na śmierć w 1278, co jest chyba pierwszym na piśmie odnotowanym przypadkiem w Polsce – po czasy dzisiejsze . Nikt w historii naszego państwa nie wpadł na pomysł zakazania obrotu alkoholem – skąd więc taki pomysł z dopalaczami?
Gonitwa chemików i zakazywanie kolejnych mikstur nie da efektu. Odwracanie prawa – w stylu jaki proponuje rząd – że dozwolone jest tylko to na co prawo wyraźnie, przepisem szczegółowym pozwala – to krok w kierunku państwa totalitarnego.
Naturalnym rozwiązaniem byłoby ucywilizowanie dopalaczy. Rozumiem nasz interes w ochronie nieletnich – dlaczego zatem nie można dopalaczy potraktować jak inne używki – dopuścić do obrotu jak alkohol, wprowadzić kwalifikacje wiekową w sprzedaży, objąć kontrolą jak inne produkty spożywcze – z ujawnionym składem, ostrzeżeniem przed skutkami – tak psychoaktywności jak i możliwości uzależnienia.
Ale takie wyjście byłoby za bliskie demokracji liberalnej, za dalekie od demokracji putinowskiej, którą wyraźnie zafascynowany jest i skąd czerpie wzorce nasz premier.

Czytaj również