Dobry wybór w obronie demokracji liberalnej

Drukuj

Przez kilka ostatnich kampanii wyborczych nawoływania publicystów mainstreamu do głosowania na PO były coraz bardziej emocjonalne, żarliwe i nużące. PO rządząc niebywale utrudniała tym publicystom pracę – coraz trudniej było znaleźć pozytywny argument za.

Były jednak pod jednym względem prawdziwe – partie aspirujące do parlamentu, balansujące na granicy progu, w przypadku sukcesu odbierały największej PO premię wynikającą z systemu liczenia głosów.

Dzisiejsze  nawoływania do niegłosowania na mniejsze partie świadczą o tym, że nawołujący nie zorientowali się, że tak czy inaczej największą partią w parlamencie będzie PiS i to PiS zgarnie ewentualną premię za „partie 4,99 %”. Wystarczy wziąć do ręki ołówek, kalkulator czy ustawić słupki i formuły w Excelu (czy w jaki tam sposób obrońcy PO potrafią liczyć) żeby wysymulować : sejm 2-partyjny daje PiSowi liczbę mandatów dającą samodzielność w tworzeniu rządu,  bliską większości konstytucyjnej, 6 – partyjny może pozbawić PiS pozycji samodzielnego hegemona. Taka jest logika systemu przeliczania głosów na mandaty przyjętego w naszej ordynacji.

To nie jest jedyny argument by głosować zgodnie ze swoimi poglądami, a nie na mityczne „mniejsze zło” w postaci Kopacz, Dorna, Kamińskiego et consortes.

Ważniejszym argumentem jest fundamentalny konflikt wartości ustrojowych, pomiędzy republikańską, konserwatywną wizją omnipotentnego państwa, w którym wyraźna jest przewaga władzy wykonawczej nad ustawodawczą i bezwzględnych rządów większości, a liberalną demokracją, czyli tą szanującą prawa mniejszości, z natury koncyliacyjną i wymuszającą kompromisy dla dobra wspólnego, budującą instytucje chroniące prawa jednostki przed wszechwładzą zbiorowości.

Wadą tego sporu w dzisiejszej Polsce jest to, że wizja antyliberalna ma swoich zdefiniowanych i zorganizowanych zwolenników – to jest oczywiście w parlamencie PiS, poza parlamentem Korwin i Kukiz 2015. W sejmie nie ma zaś nikogo, kto dziś odpowiedzialnie zdefiniowałby siebie jako obrońcę demokracji w jej współczesnym rozumieniu.

Taką rolę starała się odgrywać PO, bilans jej rządów jednak wskazuje na coś zupełnie odwrotnego – nie tylko nie rozwijała instytucji państwa prawa, nie wzmacniała ochrony praw jednostki, a wręcz przeciwnie często była i jest siłą hamującą inicjatywy w tym względzie.

Jest dosyć oczywisty zwycięzca najbliższych wyborów i oczywista jest dominująca wizja państwa po 25 października. Równie oczywistym jest, że bardzo wielu z nas wizji tej nie podziela. W niedzielę zdecydujemy, czy zwolennicy wolności i demokracji liberalnej będą mieli swoją reprezentację w sejmie, czy PiS będzie miał twardą i merytoryczną opozycję, opozycję która zbuduje przeciwwagę dla archaicznego widzenia państwa na kolejne wybory.

Taką opozycją nie będzie PO. Premier Kopacz w jednym zdaniu straszy „republiką wyznaniową”, w drugim pytana o świeckość państwa blednie i jąka coś o przyjaźni z kościołem. Straszy speckontrolami przedsiębiorców, jakby to nie jej minister finansów śrubował nakazowe współczynniki wykrywalności przestępstw skarbowych, powodujące „trzepanie aż do skutku”.   I kto ma nas bronić przed republiką wyznaniową – Ludwik Dorn doradzający ateistom emigrację? A intelektualnie opozycję ma budować p. Kopacz z psiapsiółkami i celebrytami wsadzonymi na listy?

Mierność intelektualną i jałowość „sporu” pomiędzy PO a PiS pokazała cała kampania i jej finisz w debatach telewizyjnych – tej poniedziałkowej, w której obie panie – i Kopacz i Szydło – nie odpowiedziały na żadne pytanie merytoryczne i ta wtorkowa, w której obie były niewyraźnym tłem dla przedstawicieli gorzej notowanych partii, którzy po prostu myślą o Polsce, a nie tylko o przeciwnikach, którzy mają własne odpowiedzi na pytania.

Te wybory, mimo pewnego zwycięstwa PiSu mogą zakończyć erę sporu, który jest bezproduktywny i szkodzi rozwojowi Polski od lat. Mogą być początkiem budowania układu sił, w którym dyskutować będziemy o programie dla Polski, a nie o tym kto komu mówi „dzień dobry” i kto z kim nie chce jechać jedną windą.

Ta nowa era zacznie się od wejścia do sejmu partii, którym sondaże dają wynik lekko ponad progiem, ale które reprezentują dużo większą liczbę wyborców niż to wynika z badan. W tych partiach jest żywa myśl, a przede wszystkim przyjęcie za fundament rozważań o państwie zasad demokracji liberalnej – a jej zwolennikami, w sposób uświadomiony lub nie jest większość Polaków. Głosujmy na nich, pozwólmy im zbudować w przyszłej kadencji sejmu prawdziwą alternatywę dla PiSu – czy centro-liberalną jaką chce Nowoczesna, czy lewicową jak chce Razem czy Barbara Nowacka. Nie dajmy się zwieść „mniejszemu złu” – to są wybory, w których powinniśmy  zagłosować zgodnie z własnymi poglądami. I nie patrzmy na sondaże – niech one nie decydują za nas.

Twitter @Marcin_Celiński

Facebook https://www.facebook.com/marcelinski

Czytaj również
  • Sebastian Olewczynski

    Fajnie, tylko ze Petru to PO v.2, ZLew nie ma nic do zaprponowania poza antyklerykalizmem i bagazem z PRLu a na Razem zaden liberalnie myslacy czlowiek nie zaglosuje.

    • Stvorki

      Rzecz w tym, że podczas ostatniej kadencji zabrakło właśnie PO v2 więc porzucając retorykę bazującą na tym że PO jest passe, rozwinięcie do wersji 2.0 jest jednak progresem. Co do ZLewu pełna zgodna. Natomiast Razem próbuje mnie skłonić do transideologicznego comming out’u :) Ale wiadomo, że najważniejsza jest rodzina ;D