16 grudnia prawicy, 16 grudnia lewicy

Drukuj

                Nasza historia roi się od smutnych dat. Przeważnie są to daty klęsk w walce z zaborcami, okupantami, wrogiem zewnętrznym. 16 grudnia to data szczególna, wojen polsko –polskich.

16 grudnia 1922 roku pierwszy prezydent Rzeczypospolitej rozpoczął rozmową z kardynałem Aleksandrem Kakowskim – był to jedna z wielu rozmów, które prowadzili ze sobą ludzie światli i czujący odpowiedzialność za państwo, rozmów, których celem było znalezienie sposobu na przywrócenie w sposób pokojowy porządku publicznego. Od 9 grudnia – dnia wyboru przez Zgromadzenie Narodowe Narutowicza na prezydenta – prawicowa publicystyka, a za jej sprawą także warszawska ulica, szalała. Nastroje podburzał generał Józef Haller, mówiąc o „sponiewieraniu Polski” tym wyborem, Stanisław Stroński  pisząc o „ich prezydencie”  , poseł Ilski organizował blokadę parlamentu – tak by nie dopuścić posłów i senatorów do udziału w zaprzysiężeniu prezydenta.  Telefon w MSZ (Narutowicz w momencie wyboru był ministrem spraw zagranicznych w prawicowym gabinecie premiera Nowaka) dzwonił co chwila, a anonimowi rozmówcy wylewali  z siebie przekleństwa i groźby pod adresem prezydenta-elekta. Tłum atakował jadącego na zaprzysiężenie Narutowicza kamieniami i grudami lodu.

W łonie  prawicy byli także ludzie światli, patrioci, którzy odcinali się od partyjniackiego zacietrzewienia i nawoływali do spokoju  – Władysław Grabski, Ignacy Paderewski, Zdzisław Lubomirski, czy Maurycy Zamoyski, kontrkandydat w wyborach, który pisał w telegramie do Narutowicza: „Uznaję z szacunkiem wolę narodu i ubolewam nad zacietrzewieniem, które sprawia, iż pełni Pan swe nowe obowiązki w trudzie, goryczy i niebezpieczeństwie. Zwróciłem się do mego stronnictwa, aby nie łączyło mego nazwiska i mego dobrego imienia obywatela z motłochem, obrzucającym Szanownego Pana kamieniami”. Stanowili oni jednak w swoim obozie mniejszość.

16 grudnia 1922 roku, po wizycie u kard. Kakowskiego, Gabriel Narutowicz pojechał na wystawę do Zachęty, by zostać tam zamordowanym przez endeckiego fanatyka – Eligiusza Niewiadomskiego.

16 grudnia 1981 roku to trzeci dzień stanu wojennego. W ramach akcji pod kryptonimem „Jodła” milicja i SB przy wsparciu wojska dokonała zatrzymań uznanych za groźnych działaczy „Solidarności” w tym Jana Ludwiczaka – z KWK „Wujek”. Żądanie uwolnienia Ludwiczaka stało się bezpośrednim powodem strajku.

Przed stanem wojennym był karnawał odwilży i oddechu wolności. W kraju, od 1944 roku będącym zależnym od wschodniej satrapii, jedni marzyli o niepodległości, inni mówili o programie finlandyzacji (szczególny model, związany z ograniczeniem samodzielności w polityce zagranicznej połączonej wolnością w kreowaniu wewnątrz kraju).  Wydawano zakazane dotąd książki, wyświetlano „półkowniki” (filmy zatrzymane przez cenzurę). Debatowano jak nigdy o modelach gospodarczych, politycznych, społecznych. Wielki ruch społeczny – „Solidarność” liczył 10 mln ludzi. Po raz pierwszy od dziesięcioleci, to nie Polacy czuli się oblężeni przez partię i aparat ucisku – to PZPR czuł się oblężony przez radosną rewolucję. Polacy, upokarzani rokiem 56, 68, 70, 76 – poczuli się społeczeństwem.

Ten stan był oczywiście nieakceptowany dla ZSRS i jego satelitów – nieakceptowany dla aparatu partyjnego, wiernego zasadzie sformułowanej przez Gomułkę, że : „władzy raz zdobytej nie oddamy”.

PZPR, wyraźnie zdezorganizowany i rozbity na przełomie 1980/81, obrał kurs na konfrontację, przekazując kluczowe stanowiska w ręce wojskowych – z generałem Wojciechem Jaruzelskim na czele, sprawdzonym tak w czystkach antysemickich w wojsku  1968 roku, jak i w tłumieniu robotniczych buntów na wybrzeżu w roku 1970.

W nocy z 12 na 13 grudnia polski karnawał zakończył się internowaniem liderów Solidarności, zawieszeniem działalności wszystkich stowarzyszeń, gazet i wydawnictw. 14 grudnia na masówce górnicy kopalni Wujek podjęli decyzję o strajku, do czasu uwolnienia Ludwiczaka. 16 grudnia o 9.30 przekazano górnikom polecenie, by kopalnię opuściły kobiety. Po 11 do akcji przystąpiło ZOMO wsparte kompanią czołgów i 3 kompaniami wozów bojowych. Zamordowano 9 górników, 21 zostało rannych.

Prawica rozruchy warszawskie 1922 i mord na Narutowiczu uzasadniała „interesem narodu”. Lewica stan wojenny i mord na górnikach „koniecznością geopolityczną”. A ja chrzanię  geopolitykę i interes narodu razem wzięte,  jeśli prowadzą do tego, że Polacy strzelają do Polaków, jeśli wprowadzają podziały i tworzą z nas odrębne narody, które nie potrafią ze sobą rozmawiać.

Sumienie, zbrodnia, występek, kara, ekspiacja, pokuta, wybaczenie – to nie tylko kategorie związane z tą czy inną religią – to wartości ogólnoludzkie i wpisane w etykę różnych systemów, czasami tylko pod różnymi nazwami. Zgodzę się ze wszystkim, którzy powiedzą, że nie da się myśleć o przyszłości, bez rozliczenia z przeszłością. A skuteczne rozliczenie jest nie wtedy, kiedy rozliczamy siebie nawzajem, lecz wtedy, kiedy rozliczamy samych siebie,  za grzechy własne.

Nie maszerowałem 13 grudnia, nie pójdę też pod Zachętę – bo to tylko happeningi partyjne, wpisujące się w codzienne okładanie maczugami w polskim piekiełku. Nawet jeśli uczestniczy w nich wiele osób spoza politycznego mainstreamu, które cenię i szanuję.

Sens wytykania przez liderów lewicy – funkcjonariusza aparatu partyjnego z 81 roku – Leszka Millera, oraz przemieszczającego się pod Zachętę wprost od łóżka chorego dyktatora stanu wojennego , Janusza Palikota,  grzechów prawicy – jest żaden. To tylko bieżąca gra polityczna, bez refleksji nad historią. Taką samą grą jest demonstrowanie przez spadkobierców Dmowskiego i Strońskiego swojej dezaprobaty dla stanu wojennego. Bijcie się we własne piersi, nie cudze!

Pod Zachętą dziś powinien być  Jarosław Kaczyński, ze swoimi przyjaciółmi z Radia Maryja i ONR – ze słowami „przepraszam za moją formację, błądziliśmy u zarania II RP ”. Palikot z Millerem powinni być pod „Wujkiem” i przepraszać za lewicę, która tłumiła wolność Polaków w 1981r. Jeśli tego nie robią, to wszystkie grudniowe demonstracje to nic nie warta hucpa, to cyniczne zabawy politykierów naszą historią. Jeśli tego nie robią, to jest to szkodnictwo – którego nic nie tłumaczy, ani interes narodowy ani geopolityka.

Czytaj również
  • http://krizsnct.blox.pl Krzysztof

    „Prawica rozruchy warszawskie 1922 i mord na Narutowiczu uzasadniała „interesem narodu”. Lewica stan wojenny i mord na górnikach „koniecznością geopolityczną”. A ja chrzanię geopolitykę i interes narodu razem wzięte, jeśli prowadzą do tego, że Polacy strzelają do Polaków, jeśli wprowadzają podziały i tworzą z nas odrębne narody, które nie potrafią ze sobą rozmawiać.”

    ten fragment poprawił mi humor. Cieszy mnie, że są ludzie dla których główną linią podziału nie jest spór prawicy z lewicą. Że ktoś daje do zrozumienia, że jedni i drudzy są siebie wartymi hipokrytami. I, że jeżeli są jeszcze jacyś tzw. mężowie stanu, którzy mogą i chcą coś naprawdę zmieniać, to nie znajdziemy ich wśród uczestników tego „mainstreamowego” sporu.